poniedziałek, 5 października 2020

Króliczki.

 Tym razem przerzuciłam się na camillę. Jak na razie powstały dwa króliczki. Teraz przerabiam brązową nitkę, której omyłkowo zamówiłam dziesięć motków. I tak oto jeszcze robią mi się misie :) 




Pozdrawiam, Kasia.

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Przytulki.

   Siedzę i wyrabiam "aksamitka". Do przytulków dołączyły gąsienice, rybki i jeszcze jedna Przytul-lala. Muszę jeszcze dla chłopca przytulków zrobić, bo na razie to tylko misiaki mam, a konkretniej został mi jeden. Poza tym odnawiamy kredens, robimy przetwory i zbieramy zioła. Grzybów w lesie jak na lekarstwo. Jeżyny raczej będzie trzeba z kilometra zbierać. Za to są borówki.
Wracając do przytulków. Dziewczyny dostały po lalce, a wnuczek misia.  Myślałam, żeby zrobić chłopca lalkę, ale nie bardzo mam pomysł jak taki typ głowonoga miałby wyglądać. Może z czasem coś wpadnie mi do głowy :)














I na koniec miodowa panienka:


Pozdrawiam, Kasia.





czwartek, 13 sierpnia 2020

Przytul-lale i inne przytulki.

   Włóczki powoli w pudle ubywa. Pierwszym razem zamówiłam odcienie błękitu i różu. Miały być kocyki rybie ogonki. Kocyk taki zrobiłam Madzi. Wyszło tak dużo włóczki, że z niebieskiego zrezygnowałam. I tak zostałam z dużą ilością błękitnych, niebieskich, lazurowych, szafirowych motków. Przytul-lale i meduzy bardzo się wszystkim spodobały i zamówiłam więcej kolorów.
100% bawełny poszło na razie w odstawkę. Wyrabiam "aksamitka". Jednej meduzy brakło na zdjęciach. Oddaliła się zanim zdążyłam zrobić zdjęcie :)




Meduzki:






I na koniec miś:


Lale mają około 40 cm, meduzy 35 bez zawieszki, a miś 27 cm.
Pozdrawiam, Kasia.

sobota, 8 sierpnia 2020

Butelki.

   Butelka jako prezent na osiemnastkę i ja ją miałam ozdobić. Tylko jak? "A jak pani uważa". Z inspiracji w internecie poza przyklejonymi pinezkami nic ciekawego nie znalazłam. Pinezki jednak odpadły.
   Może gdyby to było dla dziewczyny od dziewczyny byłoby łatwiej, ale butelka miała być prezentem dla chłopaka od chłopaka. Myślałam, myślałam i wymyśliłam. Zostało tylko znalezienie odpowiedniej lalki. Nie bez trudu, lalkę znalazłam. Dwie godziny i butelka była zrobiona.
   Przy drugiej butelce wiedziałam jak ma mniej więcej wyglądać. Gorzej było ze zmieszczeniem się w kwocie. Niestety nie dało rady chociaż koszty kroiłam jak mogłam. Też po dwóch godzinach butelkę skończyłam. I takie oto wyszły mi efekty:




A kapelusik przy błękitnej butelce też robiłam.
Pozdrawiam, Kasia.

czwartek, 2 lipca 2020

Ogrodowo.

 Furmanka i taczka. Tym razem dzieło męża. U nas w takich skrzyniach rosną pomidorki. I lepiej rosną niż w gruncie. Kółka się kręcą. Może nie nadaje się na jakieś ekstremalne wożenie, ale przestawić kawałek jak znalazł.
Taczka ma długość całkowitą 80 cm, wysokość 40 cm.
Furmanka ma wymiary długość 80 cm bez dyszla, wysokość około 45 cm,



Jak ogrodowo to nie może zabraknąć serii "jestę fotografę", a do klubu amatorów dołączyła Malutka i jest nas już dwie. Malutka już taka malutka nie jest i fotografuje wszystko co się nie rusza, co się rusza i nie zdąży uciec. Zdjęcia takie bardziej pocztówkowe i bez żadnego retuszu poza wykadrowaniem obrazu.



Pozdrawiamy, Kasia i Madzia :)

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Bing.

   Przy szydełkowaniu, oglądanie bajek to podstawa. Miałam zrobić Binga. Pooglądałam, popatrzyłam, poszukałam i zrobiłam. Niestety nie tak do końca z głowy. Największym dla mnie problemem jest złapanie proporcji. Zrobione części nawet po połączeniu nie zawsze przypominają to co ma z nich powstać. Przy Bingu skorzystałam ze schematu od 4crochet4 z tą różnicą, że królik miał być rozbieralny. I tu musiałam dokończyć nogi. Do tego trampki, bluzeczka, spodnie i kratka na spodniach. I jakoś nie wpadło mi do głowy, żeby kratkę wrobić :) tylko złapałam za igłę i wyszyłam łańcuszkiem. Zmieniłam też oczy, składają się z dwóch osobnych kółek, a zieloną obwódkę wyszyłam.


Do lali z poprzedniego posta dołączyła jeszcze jedna Przytul-lala.


Pozdrawiam, Kasia.
A następny post będzie "ogrodowy".

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Pudła szczęścia i efekty.

   Zamówiłam włóczki. Przyszły dwa pudła szczęścia. Chociaż może nie do końca, bo z "aksamitkiem" nie bardzo się na początku polubiłam, ale na drobne wytwory nadaje się doskonale. I tu uwaga: nie nadaje się do prucia. Oprócz aksamitka zamówiłam "camillę". Uwielbiam tą włóczkę. Kilka motków kupiłam kiedyś w pasmanterii na promocji i spodobała mi się od razu. Fajna była  też "meriposa". Całe, nowe, nierozpakowane zgrzewki znalazłam "na ciuchach".
"Aksamitka", dwa kolory w różnych odcieniach, kupiłam na kocyk dla córki. Dużo wyszło i dużo zostało, dlatego też wszystko z "aksamitka" jest różowo-niebieskie.







   Najtrudniejsze dla mnie przy formach zabawek czy ubrań jest złapanie proporcji. Jeśli chodzi o misia i króliczka musiałam podeprzeć się opisami z internetu oraz zdjęciami. Bardziej pomogły mi chyba zdjęcia niż anglojęzyczne opisy. A na koniec najgorszy koszmarek zszywanie. Próbowałam kiedyś to ominąć i robić po całości, łączyć szydełkiem, dowiązywać nitki. Niestety wychodziło koszmarnie, krzywo i zawsze coś się ściągało. Po wielu, bardzo wielu nieudanych próbach włóczka nadawała się tylko do wyrzucenia.

   Na bloga wracam na dobre, a co do strony to zrobiłam totalne przemeblowanie.

Zapowiedź następnego posta: "Bing".

Pozdrawiam, Kasia.


   

niedziela, 26 kwietnia 2020

Tytuł roboczy "RYCERIA"

   Ostatnio nieczęsto tutaj wchodzę. Z samodzielną stroną jeszcze mi opornie idzie. Trochę chyba porwałam się z motyką na słońce. Nie chcę jednak żadnej z nich likwidować. Jeśli chodzi o samodzielną stronę będę musiała zmienić jej trochę charakter z "blogowego" na bardziej profesjonalny, a blog zostanie blogiem z całym moim "produkcyjnym inwentarzem" i nie tylko.
Dzisiaj właśnie to "i nie tylko".
Jak to z tą „Rycerią” było. Pomysł pojawił się spory kawał czasu temu. Kanwą do opowieści miała być bajka o Śpiącej Królewnie. Napisałam początek trochę środkowych fragmentów i musieliśmy się przeprowadzić. Notatki spakowałam tak jak większość rzeczy. Przeprowadziliśmy się. Ponieważ cały czas szukaliśmy czegoś lepszego do wynajęcia, większości rzeczy nawet nie rozpakowywałam. Notatki przeleżały w pudle prawie rok czasu, do następnej przeprowadzki. Tak szczerze to zdążyłam o nich zapomnieć. Dopiero w nowym miejscu je znalazłam. Zapiski przejrzałam, pozmieniałam i przepisałam. Został tylko tytuł z racji poprzedniego konceptu. Inny tytuł kiedyś nawet wymyśliłam, nie miałam go gdzie zapisać i niestety skutecznie wyleciał mi z pamięci. Po półtora roku znów mieliśmy przeprowadzkę. Tym razem już na swoje. „Rycerię” wrzuciłam na półkę razem z książkami do czasu, aż wszystko ogarnę. Z tym ogarnianiem trochę mi zeszło i znów zapomniałam. Jak sobie przypomniałam, a raczej znalazłam, wywaliłam większość fragmentów, miałam pomysł na dalszy ciąg i koniec. Powstała prawie nowa opowieść. Co najważniejsze wszystko wydrukowałam. Tak w razie czego. W pewnym momencie komputer zaczął odmawiać posłuszeństwa i musiałam go sformatować. Przerzuciłam pliki na pendrajwa (nazwa spolszczona). Mogę śmiało powiedzieć „jestem geniuszem”. Przez nieuwagę skopiowałam skrót. Pisanie musiałam zacząć od nowa. Jak skończyłam znów przerwa – cztery lata. Do „Rycerii” usiadłam na dobre rok temu. Wydaje mi się, że te przerwy wyszły tylko na dobre. Najbardziej brakuje mi spokoju. Wtedy kiedy mam pomysł i z chęcią usiadłabym do pisania to zawsze coś akurat trzeba zrobić, gdzieś pojechać czy najzwyczajniej ktoś ode mnie coś chce. Trudno. Nauczona doświadczeniem noszę zawsze przybory do pisania (czytaj cały piórnik i długopisy luzem), ze dwa brudnopisy i spore kalendarze z obecnego roku i dwóch ubiegłych. Tekst chociaż wielokrotnie poprawiany to potrzebuje jeszcze solidnej korekty z prawdziwego zdarzenia. Wybaczcie więc niedociągnięcia. Wielu błędów sama już nie wyłapuję. Wiele fragmentów, nawet ten poniżej wymaga jeszcze rozwinięcia. Mam nadzieję, że mi się wszystko w końcu uda, tym bardziej, że w kolejce czekają jeszcze trzy pomysły: „Ann”, „Brama” (ten tytuł chyba zmienię) i „Na żywioł”. Mam nadzieję, że pomimo jeszcze wielu niedociągnięć polubicie moich bohaterów . Napiszcie komentarz jeśli spodobała Wam się „Ryceria”.

   "Mieszkańcy ciekawi byli wieści i nie pozwolono przybyłym elfom odpocząć. Goszczono ich w karczmach, gdzie zebrały się tłumy. Ci którzy się nie zmieścili w szynku, wpychali głowy przez okna, aby nie uronić żadnego słowa. Żołnierzom nie odmawiano niczego. Jedli i pili, aż zmęczeni urywali wpół słowa i usypiali z głową na stole. Przenoszono ich do ciepłych i wygodnych łóżek. Krasnoludy zamknęły się w wynajętym szynku. Gnomy rozeszli się do domów. Ich opowieści nikt nie był ciekaw. Mogli przynajmniej spokojnie odpocząć.
Jerema siedział przed chatą i czekał, aż wychowankowie pojawią się w ciasnej uliczce.
Na duchy czekasz – z sąsiedniej chaty wyszła gnomka w średnim wieku o wdzięcznym imieniu Bella – Wszystkie koniuchy już wrócili.
Za dobrze ich wyszkoliłem, żeby dali się zabić. Koniuchy od bitewnego rwetesu z daleka muszą się trzymać i mieć baczenie na konie. Pewnikiem ich coś zatrzymało.
Ot, gadanie. A jak ich nie było, tak nie ma. Od świtu ich wypatrujesz. Na duchy czekasz. A tą co tu znowu przygnało? – uwagę Belli przyciągnęła kucharka. Biegła drobnymi kroczkami na tyle prędko na ile pozwalała jej dość pokaźna tusza
Ta umiała o siebie zadbać. Głód jej nie straszny, a i dzieciom codziennie kukiełki przynosi. Gładkie tam wszystko, oj gładkie – westchnęła w zazdrości.
Bella. Tu jesteś – dyszała kucharka.
A gdzie miałabym być? – żachnęła się Bella.
I Jerema jest. A i dobrze. Przynajmniej powtarzać nie muszę – usiadła ciężko na ławce – Co się porobiło. Nie uwierzycie co…
Gadaj że wreszcie – ponaglił Jerema.
Już. Oddech tylko złapię. – chwyciła za dzban z wodą i duszkiem wypiła połowę – Słuchajcie. Twoje znajdy i syn Belli w Arawaj…
Nie… – jęknęła Bella i oparła się ręką o słupek do przywiązywania kozy. Jerema pobladł, a dłonie drżeć zaczęły.
Nie. Nic z tych rzeczy – uspokoiła kucharka – oni tam jeńców pilnują. W stróżówkach, co to puste stoją obok wartowni Klucznika. Tam im kwaterę dali. I pilnują, i zajmować się nimi mają co by za szybko bestie nie wyzdychały.
Nie nazywaj ich bestiami – powiedział cicho Jerema – Nie nazywaj ich tak, bo nie pamiętasz czasów, kiedy zamiast szczęku broni słychać było śpiew.
Jak komu wesoło może sobie śpiewać. Roboty mnóstwo to i śpiewać się nie chce.
Szczęśliwy ten dla którego praca nie jest przekleństwem. I na śpiew znajdzie czas.
Bajdurzycie starcze – zniecierpliwiła się kucharka – Ale jak chcecie ich zobaczyć to do Arawaj musicie iść. I jeszcze ci powiem. Ta młoda, Tara jej chyba na imię. Ona nie jako koniuch wróciła, ale jako dziesiętnik. I posłuch podobno ma. A mieszaniec to przecież. Więcej powiem. Podobno królewiczowi życie uratowała. – poderwała się z ławki – Wracać muszę, bo królewicz ranny i medyk rosół gotować kazał, i zioła warzyć, i mięso, i desery… – kończyła mówić sama do siebie dreptając na tłustych nóżkach w stronę królewskiej kuchni.
Jergon popatrzył na Bellę. Oboje wstali i ruszyli w kierunku więzienia.
Araway – tak nazywano podziemia ciągnące się pod Damarą. Nikt nie wiedział czemu miały służyć. Na początku elfy zrobili tam spichlerz. Jednak zapasy szybko spleśniały. Głód zajrzał elfom w oczy i nie ominął nawet królewskiego pałacu. Skała była równocześnie ścianą. Gnomowie pomagali elfom. Cielesny głód z czasem zmienił się w głód władzy i chęć panowania nad wszystkimi istotami w Czwórkraju. Nieużyteczny spichlerz szybko zmienił swoje przeznaczenie. Większość tuneli zamurowano, a resztę przeznaczono na cele dla więźniów. Wykuto wąskie okienka, aby więźniowie mogli widzieć nieboskłon. Dozorcą Araway był stary elf. Wołano na niego Klucznik z racji tego, że zawsze przy pasie wisiało duże kółko z ponad setką różnych kluczy i tylko on jeden wiedział który klucz, który zamek otwiera. Z czasem Klucznik sam zapomniał jak brzmi jego prawdziwe imię. Zaplątany w intrygi, popadł w niełaskę. Władca darował mu jednak życie i zrobił go dozorcą. W zamian Klucznik miał być szpiegiem i donosicielem. Zgodził się dla czterech powodów. Były to jego cztery wnuczki. Cztery bliźniacze siostry piękniejsze od świeżo rozkwitłych białych róż. Śpiew elfich panien cudniejszy był od śpiewu ptaków o świcie, a taniec lżejszy od lotu motyli. Wnuczki Klucznika były klejnotami jakich trudno szukać w innych pałacach. I tylko dzięki dziadkowi mogły błyszczeć i rozkwitać. Król z czasem zaczął szantażować Klucznika, grożąc, że zabije panny, jeśli nie zrobi tego co mu rozkaże. Zrozpaczony starzec stał się ni tylko szpiegiem i donosicielem, ale na rozkaz króla i mordercą. Na jego widok milkły wszystkie rozmowy, a dzieci uciekały w popłochu do swoich domów. Nawet Rodon zaczął się obawiać Klucznika. W końcu stary, zmęczony elf znalazł schronienie w Arawaj jako strażnik. Wtedy dano mu już spokój. Wnuczki wszyscy na zamku kochali za ich urodę, wdzięk i śpiew. Gdyby król chciał skrzywdzić bliźniaczki spotkałby się z dużym oporem. Stróżówka Klucznika była małym pomieszczeniem w którym było coś w rodzaju kamiennego paleniska przy którym zimą leżał siennik. Umeblowania dopełniał zydel i chybotliwy stolik. Wewnątrz panował okrutny smród. Klucznik mył się i prał swoje ubrania dwa razy w roku. W czym oba przypadały na okres letni. Odór dodatkowo odstraszał od Klucznika. Przez dziesięciolecia miał spokój. Czasem schodził w głąb lochów, wyrzucić przez szyb wprost do oceanu martwe ciała więźniów i spłukać cele wodą. Teraz przydzielono mu do pomocy dziesiętnika z oddziałem. Klucznik był zły. Nowi sąsiedzi wytoczyli na klepisko przed budynek wielką balię i kazali mu się umyć. Jak zaczął marudzić i wymigiwać się, bezceremonialnie wrzucili go w butach i ubraniu do balii.
Tfu – splunął Jergon – Nawet w koszarach takiego smrodu nie ma.
Mój smród i moja sprawa! – szarpał się Klucznik.
Za bardzo śmierdzisz, żeby była twoja! – Wił przytrzymał starca żeby wylać mu na głowę porcję mydlin – Trzymaj mu nogi Lisek!
Lisek miał iście lisi wygląd. Rudy z twarzą usianą pomarańczowymi piegami o przebiegłym spojrzeniu. Nawet w ruchach miał coś lisiego. Na dodatek był niewysoki i zwinny.
Wierzga dziad jeden – Lisek próbował złapać nogi – Związać go trza i zostawić w tej balii, bo ten smród długo nie puści.
To go jeszcze raz umyjemy – zarechotał Jergon.
Klucznik przestał się w końcu bronić. Sam zdjął brudne ubranie i poprosił o czyste portki i koszulę. Woda czasem ma to do siebie, że potrafi nie tylko zmyć brud z ciała, ale i zmęczenie duszy, potrafi ożywić ociężałe serce i przywrócić jasność umysłu. W Kluczniku zaszła taka właśnie zmiana, chociaż sam jeszcze o tym nie wiedział. Umyty i ubrany stanął w drzwiach stróżówki. Wywlókł siennik, spróchniały stolik i zydel. Rzucił wszystko pod skalną wnękę z dala od budynków, polał smołą i podpalił. Na Klucznika przyszło przebudzenie.
Jergon prawie biegł. Bella z trudem nadążała za gnomem. Wybiegli z zaułku.
Wile! – krzyknęła Bella i rzuciła się ze łzami w stronę syna.
Matko. – Wił uklęknął na kolano i uściskał dłoń Belli.
Czemu ty tutaj? – rozpłakała się.
Rozkaz króla, matko.
Leśny odetchnął z ulgą. W Arawaj droga z powierzchni na dół, do lochów, niedaleka.
Co żeście wymyślili? Za koniucha miałaś robić, a ty jako dziesiętnik wracasz? Zginąć chcesz? – Jerema robił Tarze wyrzuty. Usiedli na niskim murku okalającym wejście do lochów.
Póki Rosław ranny zasługę twoją będzie pamiętać – przerwał milczenie Jerema – Potem może być różnie. Źle się stało. I dla ciebie, dla nas i dla nich.
Też tak mówiłem. – wtrącił Leśny.
Cóż nie martwmy się na zapas. – Jerema poweselał – Opowiadajcie.
Za Bellą i Leśnym przybiegli i inni. Powitaniom nie było końca. Rodziny cieszyły się jakby wojownicy na zawsze wrócili już do domów. Nie chcieli myśleć, przynajmniej na razie, że ich bracia, synowie, narzeczeni znów ich opuszczą. Wszyscy jedli, pili i śmiali się. Tylko Klucznik siedział z boku i patrzył. Przypominał sobie swoje dzieciństwo i swoją młodość. Prawie czuł zapach gorącego chleba, który piekła jego matka, czuł smak truskawek rosnących tuż za domem, słyszał śpiew swojej żony i ciepłe rączki córeczki i jej ślub. Oj, wytańcował się wtedy, wytańcował, ostatni raz w swoim życiu. Klucznik powoli odzyskiwał pamięć. Po twarzy potoczyły się dwie wielkie łzy. Nie zauważył jak ktoś do niego podszedł.
Znam cię – usłyszał cichy, spokojny głos – Znam cię. Znam cię – po raz trzeci odezwał się Jerema – Znam cię Marenie. Bo takie jest twoje imię. Pamiętasz?
Maren. Maren. – powtarzał bezgłośnie – Byłeś dziesiętnikiem w mojej kohorcie? – próbował sobie przypomnieć.
Tak, byłem dziesiętnikiem.
Pamiętam cię, Jeremo. Pamiętam.
Zapadła noc. Na upstrzone gwiazdami niebo wypłynął pyzaty księżyc. A pod Arawaj jeszcze się bawiono.
Gnomy codziennie musiały zanosić więźniom jedzenie i zmieniać opatrunki. Był to rozkaz królewicza Rosława. Wszyscy zastanawiali się tylko dlaczego? I tak przecież elfy nie darują ogrom życia. Zagadka rozwiązała się bardzo szybko. Młoda gnomka szła właśnie zanieść praczkom zamkowe brudy, kiedy dojrzała dziwną rzecz. W miejscu gdzie zazwyczaj zbierała się armia stało kilka wozów z których rozrzucano piach. Przystanęła zaciekawiona. Wśród pracujących dojrzała znajomka.
Co robicie? – spytała.
Rosław rozkazał – machnął gnom ręką – Zabawę nową wymyślił.
Zamki z piasku będzie stawiał? – zaśmiała się.
Żelazne ogrodzenia kazał do tego kuć. Ogry mają tu walczyć z tymi gnomami co królewiczowi życie uratowali. O, taka wdzięczność. Bodaj by sczeźli i on i elfy…
Co ty mówisz! – przeraziła się gnomka – Ostrzec ich trzeba…
Ej! Jagoda ty się w to lepiej nie mieszaj, bo i ciebie tu postawią! – gnomka jednak już tego nie słyszała. Wsiadła tylko na najbliższy wóz, który jechał po piach. Zeskoczyła przy praczkach. Rzuciła kosze z praniem i pobiegła do Jeremy.
Ratować trzeba! – krzyknęła.
Kogo? – spytał zaskoczony starzec.
Jego… Ich… Wszystkich…
A uspokój się. Masz wody. Napij się i mów.
Piach dzisiaj zaczęli wozić. Na placu wysypują. Klatkę żelazną robią. Walczyć tam mają ogry z gnomami. Leśny ma walczyć… i reszta. Ratować trzeba.
Ano trzeba. Prawda to jest?
Idź sam i zobacz.
Jerema poszedł. Wracał blady i przerażony. To po to hodował tą dwójkę jak własne dzieci, żeby teraz ku uciesze tłumu i królewicza miały ginąć. Ukarać chce Tarę jak nic. Szedł zamyślony i nawet nie zauważył kiedy dotarł do Arawaj. Stanął w niskich drzwiach. W pokoiku siedział tylko Leśny.
Uciekać musicie i to szybko. Najlepiej dzisiaj w nocy. Gdzie jest Klucznik?
Pewnie siedzi w szynku i pije.
Znajdź go i przyprowadź i Tarę. Ja poczekam. Za dużo pobiegałem. Prędko.
Jerema nie zdążył dobrze odpocząć jak wrócił Leśny. Reszta gnomów zaciekawiona wtłoczyła się do izby. Z przerażeniem wysłuchali co ich czeka.
To wiadomo po co nas tu trzymają i każą ogry doprowadzić do porządku – odezwał się Liszka, starszy brat Liska.
To przeze mnie – ponuro stwierdziła Tara – Nie miał jak mnie ukarać, dlatego wysłał mnie tutaj. Ja mam zginąć. Uciekać, ale jak.
Uciekniesz, Pani i każdy kto z tobą będzie chciał uciec – Klucznik wytrzeźwiał – Pomogę ci, Pani. Prośbę tylko mam jedną. Cokolwiek usłyszysz zabierz ze sobą moje wnuczki."


niedziela, 15 grudnia 2019

Bombki 3D i nie tylko.

   Były bombki na szydełku. Przyszedł czas na bombki 3D. Tym razem bombeczki są doinwestowane. Dokupiłam drzewka. Zrobiłam wiaderka przy studniach. Ulepiłam bałwanki. Stworzyłam ptaszki. I te ptaszki mają długość 5 – 8 mm. Największym problemem było przyklejenie piórek do ogona. Nie znalazłam jeszcze sposobu na szybkie i proste przytwierdzenie piórek. Za pierwszym razem piórka przykleiły się do rąk i za żadne skarby nie chciały trzymać się ptaszka. To samo ze sznurkami od wiaderek. Z pomocą przyszedł body gel do formowania konstrukcji 3D. Poprzytykałam co trzeba było i nie trącać, nie dotykać, nie chuchać, nie dmuchać i najlepiej nawet nie oddychać. Wkłady do bombek jeszcze się suszą. Nie przeszkadza to zrobić zdjęć, tym bardziej, że po zamontowaniu w bombce zawsze coś się odbija. Te bombeczki mają średnicę 12 cm.







   I jeszcze zapowiedź posta bardzo dla mnie ważnego. Na pomysł wpadłam dwadzieścia lat temu. Najpierw pojawił się tytuł związany z główną postacią, potem oczami wyobraźni ujrzałam początek. Po tamtym początku nie zostało nic, jak po większości pomysłu. Uchowały się tylko postacie i część przygód. Cztery przeprowadzki za każdym razem skutecznie uziemiały mnie na dłuższy czas. W efekcie wszystko musiałam zaczynać od nowa. Ten cały czas, który uważałam do niedawna za zmarnowany wyszedł na dobre i mnie i projektowi. I chociaż projekt nie jest jeszcze skończony to jednak już teraz go zapowiem. A projekt nosi roboczy tytuł „Ryceria”. Ponieważ każdy ma przed świętami huk roboty dlatego też post planuję na „zaraz po nowym roku” i bardzo będę ciekawa Waszej opinii.

Na blogu nie pojawiają się wszystkie posty. Więcej znajdziecie już na samodzielnej stronie:

http://www.malutkiemarzenia.pl/

Link również na górze z prawej strony.

Jak widzę nikt z Was nie próżnuje. Robicie prześliczne rzeczy. I te do jedzenia też. Nawet najprostsza potrawa może być dziełem sztuki.

Mam nadzieję, że zaczniecie odwiedzać mnie w moim własnym "internetowym domku". Wizualnie starałam się zachować rozmieszczenie. Sama jestem wzrokowcem i zmiany wizualne wytrącają mnie z rytmu.Ogarniam jeszcze wordpressa, ale widzę, że bez fachowej pomocy się nie obejdzie. Niestety sklep mi nie pyknął. Zamiast do koszyka przekierowywało na stronę główną. 

Pozdrawiam, Kasia i jeszcze raz zapraszam na stronę. Zwłaszcza jeśli zaciekawił Was tytuł projektu.

niedziela, 3 listopada 2019

2 listopada.

   W sobotę wybraliśmy się do Skotnik. Jedna czwarta cmentarza jak się okazało to bliższa lub dalsza rodzina. Cmentarz nieduży. Najwcześniejsze daty pochówków były z II Wojny Światowej. Czy starsze poszły w zapomnienie, czy może jest jeszcze inne miejsce? Może przy pałacyku? Ale było za zimno, a raczej ja za lekko ubrana. 🙂 Uwagę przyciąga kilkusetletni drewniany kościół. Trochę więcej na stronie https://diecezja.radom.pl/skotniki-koneckie-parafia-pw-niepokalanego-poczecia-nmp/. Akurat trwała msza i nie robiłam zdjęć wewnątrz. Jak to się mówi – co się odwlecze to nie uciecze. Przynajmniej będę miała okazję jeszcze raz pojechać. Niedaleko wejścia znajduje się figura Chrystusa Frasobliwego. Na terenie kościoła tablice upamiętniające partyzantów i osoby związane szczególnie z parafią. No i niespodzianka. O „Felusiu” słyszałam i czytałam. Skotniki gdzieś podczas lektury mi umknęły i zaskoczeniem była tablica upamiętniająca „Felusia”. Cały artykuł o „Felusiu” możecie przeczytać tutaj https://www.konskie.org.pl/2011/03/nazywali-ja-felus.html. Okolice Skotnik to przede wszystkim niesamowite lasy o baśniowej scenerii. Przynajmniej tam, gdzie ja byłam jako dziecko i co pamiętam. No i Pilica – rzeka w której uczyłam się pływać.








Zapraszam również na http://www.malutkiemarzenia.pl/
Pozdrawiam, Kasia.

poniedziałek, 7 października 2019

Doniczki

Zazwyczaj jak zaczynam coś robić to od razu w większej ilości. Z doniczkami było podobnie. I tak zrobiłam nie tylko te na zamówienie, ale i kilka więcej.




Grzybów jak wszędzie w tym roku dostatek. Sama na grzyby nie chodzę. Niby się znam, ale... Grzybów jednak tym razem było więcej niż zdjęć. Żałowałam tylko, że nie wzięłam aparatu za pierwszym razem, ponieważ trafiłam na wprost baśniową scenerię. Zdjęcia można powiedzieć są "surowe", bez żadnych zmian w programach do edycji.



Pozdrawiam, Kasia.